sobota, 8 grudnia 2012

Lewą stopą za bramę

3. Kythorn

Opuszczając z Gorionem ciepły kurwidołek w Candlekeep, postanowiłem zacząć pisać dziennik z podróży. Wiele takich widywałem w bibliotece i mówiąc szczerze, autorzy większości z nich musieli raczyć się miksturami wątpliwego pochodzenia przed sporządzaniem notatek. Tak wybujałych fanaberii to nawet w romansidłach Lidii Rosebest z serii "szczęk oręża i miłości" nie spotkałem. Nie żebym czytał! Ale taka jedna znajoma, Imoen, całą serię łyknęła w dziesięciodzień - to z ciekawości zajrzałem, co by na przyszłość wiedzieć, żeby już nigdy więcej nie kierować się gustami czytelniczymi płci przeciwnej. 

Wszystko zaczęło się walić już pod koniec pierwszego dnia Nie żebym nie był do tego przyzwyczajony, w Candlekeep często przeklinałem moment, w którym postanowiłem wstać rano z łóżka - ale to co się wydarzyło przerosło moje oczekiwania. Wieczorem, zaczepiła nas jakaś banda kolesi - wyglądali jak strażnicy, albo windykatorzy długów. Znając Goriona i jego zacięcie do inwestycji raczej to drugie. Coś tam mówił kiedyś o jakiejś stali - pewnie zaciągnął pożyczkę, wpakował wszystkie oszczędności w importowaną  rudę (ani chybi od tych cwaniaków z Calimshanu) i stracił na tym jak na tej produkcji magicznych różdżek. "Dobra inwestycja, sami będziemy robić, będą schodzić jak świeże bułeczki!" A ja jak ten Amnijczyk za dwie sztuki złota na dekadzień siedziałem i strugałem, do krwi sobie palce raniąc! I tak potem wszyscy kupcy kręcili nosem - nie dziwne jak do połowy załadowane "magiczną strzałą", a od połowy "światłem". Ale wracając do tych kolesi - ledwo dwa słowa zamienili z Gorionem już do bitki się biorą! Ten przytomnie krzyknął "uciekaj!", a mi dwa razy dobrego planu nie trzeba powtarzać. Iskrzyło magią aż jej woń wypełniła powietrze w całym lesie. Gorion walczył zaciekle - ale padł od miecza największego twardziela w ekipie. Uciekłem... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz