sobota, 8 grudnia 2012

W dziczy

4. Kythorn

Budzę się rano i czuję ukłucie w lewym boku. Po szybkim rzucie okiem okazało się, że źródłem bólu była strzała łucznicza, które o ile dobrze pamiętam nie rosną na drzewach. Ha! nie myliłem się - w ręku trzymała ją Imoen (ta dziewczyna od romansów). Po krótkiej rozmowie, okazało się, że widziała co stało się wieczorem i że jej przykro. Mi też, ale Gorionowi tym życia nie przywrócę, choć nie zastanawiałem się, czy miałbym na to ochotę.

Natomiast Imoen chce się ze mną tułać po świecie. Kto na krzywe mosty Waterdeep powiedział, że mam ochotę rozbijać się po świecie! 20 lat w pieprzonej twierdzy, życia z książek się uczyłem! Świat tylko czeka żeby mnie wyruchać w dupkę przy najbliższej okazji, a ja mam mu jeszcze tyłka nadstawiać!

Zgodziłem się. Może nie będzie wcale tak źle. Poza tym, kobieta przy boku stabilizuje trochę tryb życia. Co prawda z Imoen byliśmy tylko przyjaciółmi i to ten typ dziewczyny z którą warto pozostać na tym poziomie nawet po paru głębszych. Abstrahując od tego, że ktoś musi gotować (no przecież nie ja! Ja mogę różdżki strugać), są też inne plusy. Wiecie, samotny wędrowiec przyciąga nieufne spojrzenia jak sprzedawca świeżych ryb 500 mil w głębi kontynentu - a to morderca może, bandyta, uciekinier albo szpieg!

Postanowiliśmy udać się do zajadu Pomocna Dłoń. Tam, w razie jakichkolwiek problemów, mieli na mnie czekać Khalid i Jaheira, przyjaciele Goriona. Mam tylko nadzieję, że im nie był również dłużny sakiewki złota albo dwóch...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz