I I I I I I I I I I I I I I I I I
W jedynym romansie jaki, jak już wiecie, dane mi było przeczytać historia pary miłosnej była następująca: Kalimszanin Pedroth Armanoth związał się z Amnijką z dobrego domu, Luizthą Marinthą. Zła macocha Luizthy uwiodła jednak Pedrotha i namówiła go do ucieczki w nieznane. Dlaczego wam o tym mówię? Mam takie dziwne wrażenie, że ta czarna charakterka powinna nazywać się Jaheirath. Jak powinien nazywać się nieszczęsny bohater sami sobie dopowiedzcie.
W południe dotarliśmy do Beregostu, gdzie spotkaliśmy jeszcze więcej szalonych ludzi. Ledwo dobrze stopy w mieście postawiłem a już zdyszana ślicznotka wpada na mnie i prosi o pomoc. Staram się trzymać dystans, zaraz pewnie równie zmęczony co wkurwiony mąż wybiegnie zza rogu i rzuci "to on?!" - co będzie bardziej zamiennikiem okrzyku bojowego niż pytaniem. Co jednak nie nastąpiło, wybiegła za to grupa mężczyzn - trójka zbrojnych w kolczugach i dwóch kolesi w długich szatach. Ci ważniejsi zaczęli rzucać rozkazami na lewo i prawo jakby rządzili całą piaskownicą. Dziewczynę zabierają ze sobą, ja mam się nie wtrącać. Świetny plan - pomyślałem - ale laska zrobiła kocie oczy i ośrodek decyzyjny z mózgu przeniósł się trochę bliżej środka ciała. Plan zmienił się w "ta pani nigdzie z wami nie idzie" i zakończył wynikiem 4:0 dla mojej drużyny. Tak, potrafię liczyć do pięciu - jeden z magów został wyteleportowany w siną dal, wbrew własnej woli (dziewczę w opałach okazało się być czarodziejką). Całkiem przydatna umiejętność - też chciałbym posiadać moc sprawiania, żeby moje problemy znikały.
Czarodziejka przedstawiła się jako Neera i zapytała, czy może ze mną podróżować. Trochę niebezpiecznie mieć w drużynie kogoś, kto przyciąga kłopoty oraz zwie się dzikim magiem, ale decyzję podejmowałem wciąż będąc pod wrażeniem pewnych dorodnych argumentów - Nerra dołączyła do naszej czwórki.
W mieście zabawiliśmy krótko, robiąc dużo głupich rzeczy i zamieszania - jak na bandę szalonych włóczykijów przystało. Obiliśmy mordy awanturnikom w gospodzie, zubożyliśmy karczmarza o parę klejnotów, obiliśmy mordy pająkom (a co, jak obijać mordy to wszystkim po równo!), ponarzekaliśmy na ceny u miejscowego kowala i pomazawszy znakiem drużyny przydrożny kamień ruszyliśmy do Nashkel!