niedziela, 16 grudnia 2012

7. Kythorn

I I I I I I I I I I I I I I I I I

W jedynym romansie jaki, jak już wiecie, dane mi było przeczytać historia pary miłosnej była następująca: Kalimszanin Pedroth Armanoth związał się z Amnijką z dobrego domu, Luizthą Marinthą. Zła macocha Luizthy uwiodła jednak Pedrotha i namówiła go do ucieczki w nieznane. Dlaczego wam o tym mówię? Mam takie dziwne wrażenie, że ta czarna charakterka powinna nazywać się Jaheirath. Jak powinien nazywać się nieszczęsny bohater sami sobie dopowiedzcie. 

W południe dotarliśmy do Beregostu, gdzie spotkaliśmy jeszcze więcej szalonych ludzi. Ledwo dobrze stopy  w mieście postawiłem a już zdyszana ślicznotka wpada na mnie i prosi o pomoc. Staram się trzymać dystans, zaraz pewnie równie zmęczony co wkurwiony mąż wybiegnie zza rogu i rzuci "to on?!" - co będzie bardziej zamiennikiem okrzyku bojowego niż pytaniem. Co jednak nie nastąpiło, wybiegła za to grupa mężczyzn - trójka zbrojnych w kolczugach i dwóch kolesi w długich szatach. Ci ważniejsi zaczęli rzucać rozkazami na lewo i prawo jakby rządzili całą piaskownicą. Dziewczynę zabierają ze sobą, ja mam się nie wtrącać. Świetny plan - pomyślałem - ale laska zrobiła kocie oczy i ośrodek decyzyjny z mózgu przeniósł się trochę bliżej środka ciała. Plan zmienił się w "ta pani nigdzie z wami nie idzie" i zakończył wynikiem 4:0 dla mojej drużyny. Tak, potrafię liczyć do pięciu - jeden z magów został wyteleportowany w siną dal, wbrew własnej woli (dziewczę w opałach okazało się być czarodziejką). Całkiem przydatna umiejętność - też chciałbym posiadać moc sprawiania, żeby moje problemy znikały. 

Czarodziejka przedstawiła się jako Neera i zapytała, czy może ze mną podróżować. Trochę niebezpiecznie mieć w drużynie kogoś, kto przyciąga kłopoty oraz zwie się dzikim magiem, ale decyzję podejmowałem wciąż będąc pod wrażeniem pewnych dorodnych argumentów - Nerra dołączyła do naszej czwórki. 

W mieście zabawiliśmy krótko, robiąc dużo głupich rzeczy i zamieszania - jak na bandę szalonych włóczykijów przystało. Obiliśmy mordy awanturnikom w gospodzie, zubożyliśmy karczmarza o parę klejnotów, obiliśmy mordy pająkom (a co, jak obijać mordy to wszystkim po równo!), ponarzekaliśmy na ceny u miejscowego kowala i pomazawszy znakiem drużyny przydrożny kamień ruszyliśmy do Nashkel!

niedziela, 9 grudnia 2012

Powrót na trakt

6. Kythorn

I I I I I I I I I I I I I I I

To wyżej to licznik tego, ile razy w ciągu dnia Khalid i Jaheira zdążyli się pokłócić. Choć to może źle dobrane słowo - ona krzyczy on stara się ripostować. Nie mówiłem o tym, ale przed wyjściem z Cadlekeep czyściłem magazyn z szczurów - były twardszymi przeciwnikami niż Khalid podczas dyskusji. Jeszcze trochę i ktoś dostanie kopa na drogę. Rankiem powinniśmy dotrzeć do Beregostu - miasta znajdującego się po drodze do Nashkel. 

Pod "pomocną" Dłonią

5. Kythorn

Nad rankiem dotarliśmy do Pomocnej Dłoni. Strażnik przy bramie poinformował mnie, abyśmy nie sprawiali kłopotów, gdyż wszelkie waśnie należy pozostawić poza bramami zajazdu. Zabawne, że pewien mag, stojący przy wejściu do tawerny, chyba o tym nie słyszał - rzucił się na mnie, najpewniej chcąc mnie zabić. Na szczęście Imoen szturchnęła go strzałą trochę mocniej niż mnie poprzedniego dnia, rozwiązując nasz mały problem.

Tawerna znajdowała się w wielkiej, kamiennej strażnicy. Zaciekawiony podpytałem barmankę, o historię tego miejsca. Sprzedała mi jakąś promocyjną opowiastkę, zapewne z pamfletu, że dawno dawno temu właściciel tego zajadu pokonał demona, do którego ta twierdza należała. Patrząc na właściciela, którego obwód w pasie konkurował zaciekle o prym nad wzrostem uznałem, że co jak co, ale musiało to być naprawdę dawno temu. Poza tym zabudowa nie przypominała ani trochę stylu wczesno-demonicznego. Nigdzie nie było wyżłobień kadzi ofiarnych, pozostałości po piedestałach, pomieszczenia nie przypominały heksagonalnych sal tortur. No chociażby małe muzeum by zrobił z szczątek i pozostałości! Ściema jakich mało, tyle wam powiem. Choć z drugiej strony, Torg Mahjakart, autor książki "Życie codzienne demonów - prawdy i mity", którą z wypiekami na twarzy kiedyś czytałem, mógł nieco rozmijać się z prawdą. 

Khalid i Jaheira byli również w tawernie. Wpierw jednak mała dygresja. Jeśli macie dzieci, to wiecie, że czasem zadają kłopotliwe pytania, takie jak np. "Co to heretyk?" lub "Dlaczego mama krzyczy w nocy?", z którymi czasem trudno sobie poradzić. Ja, chcąc ulżyć waszej niedoli, z przyjemnością daje wam odpowiedź na pytanie "co to znaczy dysfunkcyjny?". To znaczy Khalid i Jaheira. Ewentualnie można wskazać palcem na najgłośniejszą parę w tawernie. Jeśli słyszycie ich nad wyraz dobrze w zatłoczonym, gwarnym miejscu, macie 90%, szans że to Khalid i Jaheira.

On - dość niski jak na półelfa wojownik. Mniej więcej w średnim wieku, choć ciężko to określić. Broda oraz tworząca się na czubku głowy łysina pośród morza bujnych włosów potrafią postarzyć i krasnoludzką miss Faerunu. A co najgorsze, jąka się i wygląda, jakby bał się każdej kolejnej minuty swojego życia. Jak miałbym strzelać, to powiedziałbym, że źródło tego lęku stoi jakieś 30 centymetrów na prawo od niego i nazywa się Jaheira. Wysoka półelfka, o wzroku który mógłby schłodzić pustynię w Calimshanie. Bujne, brązowe włosy i wiecznie wkurwiona. W ręku trzyma pięknie rzeźbiony kij i dalej wkurwiona. Po stroju, stonowanym, przyozdobionym licznymi motywami leśnymi, można śmiało powiedzieć, że jest druidką - wiecie już pewnie - taką wiecznie wkurwioną.

Z rozmowy z nimi dowiedziałem się, że cały region ma problemy z niedoborem stali, a oni, na prośbę burmistrza Nashkel zostali zwerbowani do zajęcia się tą sprawą. Źle się wyraziłem - nie całą sprawą, a  tylko zbadaniem problemów mnożących się w kopalni Nashkel (zaczynam podejrzewać, że oni agentami inspekcji pracy są). Z braku lepszych rzeczy do roboty, postanowiłem udać się wraz z nimi - warto zwiedzić trochę świata, a drogi niebezpieczne. Poza tym, inspektorów królestwa nikt nie rusza! Oby tylko nie zaczęli pytać o inwestycje biznesowe Goriona...  

sobota, 8 grudnia 2012

W dziczy

4. Kythorn

Budzę się rano i czuję ukłucie w lewym boku. Po szybkim rzucie okiem okazało się, że źródłem bólu była strzała łucznicza, które o ile dobrze pamiętam nie rosną na drzewach. Ha! nie myliłem się - w ręku trzymała ją Imoen (ta dziewczyna od romansów). Po krótkiej rozmowie, okazało się, że widziała co stało się wieczorem i że jej przykro. Mi też, ale Gorionowi tym życia nie przywrócę, choć nie zastanawiałem się, czy miałbym na to ochotę.

Natomiast Imoen chce się ze mną tułać po świecie. Kto na krzywe mosty Waterdeep powiedział, że mam ochotę rozbijać się po świecie! 20 lat w pieprzonej twierdzy, życia z książek się uczyłem! Świat tylko czeka żeby mnie wyruchać w dupkę przy najbliższej okazji, a ja mam mu jeszcze tyłka nadstawiać!

Zgodziłem się. Może nie będzie wcale tak źle. Poza tym, kobieta przy boku stabilizuje trochę tryb życia. Co prawda z Imoen byliśmy tylko przyjaciółmi i to ten typ dziewczyny z którą warto pozostać na tym poziomie nawet po paru głębszych. Abstrahując od tego, że ktoś musi gotować (no przecież nie ja! Ja mogę różdżki strugać), są też inne plusy. Wiecie, samotny wędrowiec przyciąga nieufne spojrzenia jak sprzedawca świeżych ryb 500 mil w głębi kontynentu - a to morderca może, bandyta, uciekinier albo szpieg!

Postanowiliśmy udać się do zajadu Pomocna Dłoń. Tam, w razie jakichkolwiek problemów, mieli na mnie czekać Khalid i Jaheira, przyjaciele Goriona. Mam tylko nadzieję, że im nie był również dłużny sakiewki złota albo dwóch...

Lewą stopą za bramę

3. Kythorn

Opuszczając z Gorionem ciepły kurwidołek w Candlekeep, postanowiłem zacząć pisać dziennik z podróży. Wiele takich widywałem w bibliotece i mówiąc szczerze, autorzy większości z nich musieli raczyć się miksturami wątpliwego pochodzenia przed sporządzaniem notatek. Tak wybujałych fanaberii to nawet w romansidłach Lidii Rosebest z serii "szczęk oręża i miłości" nie spotkałem. Nie żebym czytał! Ale taka jedna znajoma, Imoen, całą serię łyknęła w dziesięciodzień - to z ciekawości zajrzałem, co by na przyszłość wiedzieć, żeby już nigdy więcej nie kierować się gustami czytelniczymi płci przeciwnej. 

Wszystko zaczęło się walić już pod koniec pierwszego dnia Nie żebym nie był do tego przyzwyczajony, w Candlekeep często przeklinałem moment, w którym postanowiłem wstać rano z łóżka - ale to co się wydarzyło przerosło moje oczekiwania. Wieczorem, zaczepiła nas jakaś banda kolesi - wyglądali jak strażnicy, albo windykatorzy długów. Znając Goriona i jego zacięcie do inwestycji raczej to drugie. Coś tam mówił kiedyś o jakiejś stali - pewnie zaciągnął pożyczkę, wpakował wszystkie oszczędności w importowaną  rudę (ani chybi od tych cwaniaków z Calimshanu) i stracił na tym jak na tej produkcji magicznych różdżek. "Dobra inwestycja, sami będziemy robić, będą schodzić jak świeże bułeczki!" A ja jak ten Amnijczyk za dwie sztuki złota na dekadzień siedziałem i strugałem, do krwi sobie palce raniąc! I tak potem wszyscy kupcy kręcili nosem - nie dziwne jak do połowy załadowane "magiczną strzałą", a od połowy "światłem". Ale wracając do tych kolesi - ledwo dwa słowa zamienili z Gorionem już do bitki się biorą! Ten przytomnie krzyknął "uciekaj!", a mi dwa razy dobrego planu nie trzeba powtarzać. Iskrzyło magią aż jej woń wypełniła powietrze w całym lesie. Gorion walczył zaciekle - ale padł od miecza największego twardziela w ekipie. Uciekłem...